Irlandia Północna cz.1

Moja praca znów umożliwiła mi odwiedzenie kraju którego najprawdopodobniej nigdy nie zwiedziłbym inaczej. Na wakacyjne robocze wyjazdy zwykle trafiam w miejscówki oddalone o 3 000 km od miejsca mojego zamieszkania i raczej są one o przyjemniejszym klimacie niż Irlandia. Niemniej z ciekawością do niej wyruszyłem zwłaszcza, że sama droga wiodła mnie przez Polskę, Niemcy, Belgię i Francję (opłaty drogowe mogą tam naprawdę człowieka wykończyć, są częste i wysokie). We Francji uderzyliśmy do miasta portowego Chergourg, gdzie zaokrętowaliśmy się na prom Irisch Ferries o nazwie Oscar Wild. Po drodze do niego były nuuudy, jeśli nie liczyć bliskiego spotkania z tirem w Belgii skutkującego otartym prawym bokiem i utratą prawego lusterka. Uznaliśmy, że na wyspach, gdzie ludzie jeżdżą po niewłaściwej stronie będzie stanowiło to raczej kłopot, więc we Francji zrobiliśmy objazdówkę po kilku szrotach i warsztatach. Niestety nie mieli lusterka do naszego modelu samochodu, o dziwo w ogóle nie chcieli nam nic sprzedać. Na szczęście w sklepie z częściami  znaleźliśmy nakładkę przedłużającą na lusterko, którą po autorskich przeróbkach udało nam się zamontować.

Irlandia Północna

Na promie, cóż jak to na promie zaliczyłem już podróż do Finlandii przez Bałtyk (klik), jednak Bałtyk to nie Atlantyk i powiem wam, że nieźle bujało. Oł jeee! Niestety choroby morskiej nie dostałem i obyło się bez rzygania, niemniej pogoda załatwiła nam 2 h opóźnienie. Przynajmniej popływałem po wzburzonym Atlantyku. W pobliży zielonej wyspy zauważyłem przez chwile skaczące albo delfiny albo morświny (były raczej niewielkie). Niestety niezdążyłem zrobić im fotki, więc musicie uwierzyć mi na słowo.

No i dopłynęliśmy do Irlandii, dokładniej to do Rosslare, a stamtąd czekało nas jeszcze ponad 300 km do Irlandii Północnej. Tak naprawdę są dwie Irlandie ‘zwykła’, no i Północna, w obu jeździ się po nie tej stronie co u nas. W tej ‘zwykłej’ płaci się w euro, a w Północnej funtami i do tego mają nawet swoje funty irlandzkie, ale angielskie też przyjmują.

Irlandia Północna

Naszym celem konkretnie była Annach Cottage Ballydermot Road. Lokacja ta, w której mieliśmy kimać była oddalona od Belfastu ok. 20 km i trafienie wymagało od nas zasięgnięcia języka u miejscowych mieszkańców, co dało okazje do poznania lokalnego dialektu. O Boże, a wydawało mi się, że dobrze gadam po angielsku. Ledwo szło ich zrozumieć, ale na szczęście oni rozumieli nas, no i w końcu dotarliśmy po trzech dniach jazdy z Polski i ponad 3000 kilometrów do celu.

Irlandia Północna

Anna i Patric, gospodarze, szczerzy mili, uczynni i gościnni ludzie, w dodatku mówili już normalnym angielskim. Oddali nam do dyspozycji piękny domek. Też taki chcę! Był z wszelkimi możliwymi udogodnieniami: z pralką, zmywarką benderem (chciałbym ja mieć tak wyposażoną kuchnie), 4 łazienki (o co chodzi z tymi dwoma kranami?), 3 sypialnie i salon. Po prostu wypas! Sąsiedzi byli kulturalni. Otaczały nas poza chatką Anny i Patryka tylko pastwiska z BYKAMI!

Irlandia Północna

Okazało się że wynajęcie tego cuda kosztuje  tylko 70 funtów za dobę,  biorąc pod uwage warunki wydaje mi się to niewiele. Jak będziecie się wybierać na wyspy pamiętajcie o przejściówce do gniazdek, bo wszystkie są powiedzmy, że angielskie.

Po rozpakowaniu przebrałem się i poszedłem pobiegać, jednocześnie się rozglądając. Zauważyłem wysoką wierzę starego kościółka, więc postanowiłem go zwiedzić, co okazało się dosyć trudne, bo nie prowadzą do niego żadne drogi,  a co lepsze to otaczają go podmokłe pastwiska pełne byków! No cóż nieliche wyzwanie! Po godzinie brodzenia dosłownie po łydki w moczarach i unikaniu większych skupisk bydła dotarłem do podłuża kościółka. Noo i!? Ekstra! Sterta kamieni, pusta wieża no i mokre buty! Jednym słowem ubaw po pachy! Dowiedziałem się póżniej od Patricka, że kościół ma swą genezę naprawdę odległą, gdyż pamięta Świętego Patryka, który podobno tam się modlił, czyli jakiś 5 wiek naszej ery. Kościół ciągle funkcjonował, ale praktycznie dopiero od jakiś 200 lat stoi w ruinie. Ciekawym motywem jest właśnie brak drogi do niego. Miejscowi farmerzy poruszają się po tych rozmokłych pastwiskach 8 kołowymi nito kładami nito amfibiami.

Irlandia Północna

Po trzydniowej podróży i mojej kruckiej eskapadzie zwiadowczej musieliśmy nazajutrz zjawić się w robocie i tu klops.  Irlandczycy są poważnie odjechani na punkcie BHP (przynajmniej formalnie) i okazało się, że nie możemy podjąć pracy bez przeszkolenia ogólnego ‘Sefty pass’ oraz ‘Manualhendling’ czyli transportu ręcznego. a że takie szkolenia przeprowadza się tylko w Dublinie i trzeba się na nie zapisać, okazało się, że mamy kilka dni wolnego.

Co do placu budowy to był naprawdę utrzymany w wzorowym porządku i czystości! Taka drobna informacja: jeśli kiedyś będziecie mieli okazje tam pracować, to na terenie budowy dostępne jest tylko napięcie 110V, więc raczej ciężko coś zdziałać naszym elektro sprzętem, że niewspomne o dziwnych końcówkach do tego. Jeśli wynajmujesz sprzęt w postaci nożycówek czy wózka widłowego, to prostowniki nie mają wtyczek, tylko gołe kable i podobno, to standardowy proceder. Do zamontowania ich potrzebny jest teoretycznie elektryk, no i trzeba mieć odpowiednią końcówkę. Na szczęście (dla nas) wokół pracowały inne firmy i dało się dogadać.

Teoretycznie na wszystko trzeba mieć tam papier. Irlandczycy się w tym lubują, ale w drobniejszych kwestiach da się z nimi dogadać. Jednak żeby np. wymienić tam tarcze w kontówce trzeba mieć szkolenie na papierze! ;0

Mając kilka dni luzu mogliśmy naprawdę pośmigać po całej Irlandii Północnej, ale o tym w następnej części, a tymczasem zapraszam na filmik z cz. 1:

Yśó

Print Friendly, PDF & Email