Moje trofea sportowe zbierają dziś kurz. Po co je trzymać?

Ten dzisiejszy mój wpis jest bardzo osobisty, wręcz pamiętnikarski, ale poczułem że muszę go napisać dla siebie. Drogi czytelniku znajdziesz w nim moją próbę rozliczenia się z własną przeszłością, by pogodzić się z tym kim byłem, kim jestem oraz natchnąć się nadzieją ku temu kim będę. Moje trofea sportowe zbierają dziś kurz.

Rupiecie, tak określiłbym je w skrócie i obiektywnie. Jednak subiektywnie są swoistym memento starych dobrych czasów.

trofea sportowe zbierają dziś kurz

Pomału dobiegam czterdziestki. Odkąd poznałem się z Ancią i postanowiliśmy związać się ze sobą na stałe, i w związku z tym razem zamieszkać, minęło już uch naprawdę sporo czasu. Do tego kolejne mieszkanie, a co za tym idzie przeprowadzki. Zaczęliśmy od kawalerki, potem dwa pokoje, aż w końcu przenieśliśmy się do trzypokojowego mieszkania docelowego.

Na początku mieszkając w kawalerce jeszcze sporo klamorów osobistych nadal pozostawało w naszych domach rodzinnych, w tym trofea sportowe. Brzmi szumnie i dumnie, ale trochę ich mam i na małym metrażu po prostu nie było gdzie je postawić. Przez chwilę rozważałem nawet czy może się ich nie pozbyć. Mam 6 pucharów (i to nie małych) i parę medali, z tymi drugimi to już nie taki problem, by gdzieś je upchnąć. 

Zacznijmy jednak od początku. Mając lat 13 poznałem chłopaka mojej siostry, który strasznie mi imponował. Brodaty, długowłosy, miał czarny pas w ju jitsu, na imię miał bodajże Robert i wiele więcej o nim nie pamiętam, bo niestety między nim i moją starszą siostrą nic nie wyszło. Pamiętam jednak to, że miałem z nim dobry kontakt i to on pierwszy pokazał mi jak wykonać rzut przez biodro. To, w połączeniu z filmami kopanymi spod znaku Brucea Lee i Jean-Claude Van Damme, w moim młodym umyśle stworzyło wizje, która rozpaliła gwałtownym ogniem całe moją młodą wyobraźnie tak, że nie mogłem myśleć o niczym innym. Musiałem zacząć trenować i to oczywiście ju jitsu. Niestety w prehistorii jaką był mój okres dojrzewania jedyne zajęcia z ju jitsu, jakie znalazłem, odbywały się w Katowicach w Klubie Ippon. Mieszkałem w Świętochłowicach i z racji mojego młodego wieku oraz dodatkowych kosztów związanych z ewentualnym dojazdem musiałem zapomnieć o trenowaniu tam. Byłem jednak zdeterminowany, na szczęście okazało się jednak, że w moim mieście istniała sekcja kung fu, o którym nic jeszcze nie wiedziałem oraz karate, do którego czułem dziwną rezerwę (jakoś nawet za bajtla te białe kimona wydawały mi się trochę tandetne). Uprosiłem rodziców no i mnie zapisali na kung fu. Wtedy właśnie rozpoczął się kolejny bardzo ważny okres w moim życiu, który zbiegł się także z moim okresem dojrzewania. Otwarłem się na innych ludzi. Rozwinąłem się pod każdym względem. Trenowałem zapamiętale, choć sekcja nie różniła się od innych, czego dowiedziałem się dopiero z czasem, dla mnie była miejscem wręcz magicznym. Mieliśmy 2 trenerów i z czasem jednemu z nich zaczynało przeszkadzać regularny przemiał, czyli okresowa rotacja części ćwiczących. Po prostu po paru latach zabawy w wielkiej grupie sprowadzały się do wałkowania ciągle tego samego materiału więc Heniek (bo tak nazywał się ów trener) zaproponował kilku z nas byśmy trenowali tylko w własnym gronie, bez organizacji i niańczenia nowych. Wszedłem w to i wtedy rozpoczęła się moja prawdziwa eksploracja subkultury sportów walki, która doprowadziła mnie do zwiedzenia sekcji wielu różnych sztuk walk, by podpatrywać techniki i sposoby treningu i to nie tylko w naszym województwie. Dzięki znajomością trenera zaliczyliśmy konkretny obóz survivalowy w Bieszczadach oraz zaczęliśmy brać udział w zawodach, na których zacząłem zbierać moją kolekcje pucharów i medali. Nieskromnie przyznam, że byłem w tym całkiem niezły i moja kolekcja trofeów sportowych pomału się rozrastała. Na zawodach zgadaliśmy się z chłopakami ze Ślesina, pod Koninem, z którymi stworzyliśmy grupę pokazową Azja Sport Team, z którą jeździłem po Polsce i robiliśmy show. Dzięki znajomością kolegi podpisaliśmy nawet umowę z agencją modelek i modeli, i za jej sprawą zaczęliśmy na tym zarabiać i to całkiem nieźle. Właściwie to była moja pierwsza płatna praca i do dziś dzień nigdy nie przebiłem stawki jaką wtedy zarabiałem, jeżeli brać pod uwagę przeliczenie kasy na godzinę pracy. Jak sobie tylko przypomnę i pomyślę, że było to wszystko na lata przed pierwszym programem z cyklu “Mam talent”, baa przed erą wszechobecnych cyfrówek i wszechobecnego internetu. Naprawdę mogło to się wszystko inaczej potoczyć. Swoją pierwszą dziewczynę też poznałem na sali treningowej. I co się stało? Życie, ludzie zaczęli się sypać z naszej grupy, ja na studiach całkiem boga za nogi złapałem, dostałem pracę w kinie, studiowałem, trenowałem, kasy było sporo, żadnych zobowiązań no i zacząłem gustować troszkę w innych rodzajach rozrywek-używek.

Ponad dziesięć lat treningów zaczęło mi ciążyć i znowu (nawet dokładnie wiem w którym momencie) zamknąłem ten etap w moim życiu i rozpocząłem kolejny. Dzisiaj po kilkunastu latach wracam pamięcią do tego okresu i czuję się trochę jak All Bundy z pamiętnego sitcomu, który ciągle wspominał swoje cztery przyłożenia w jednym meczu, z dumą i nostalgią za okresem swojej świetności, która już nie wróci i gdy patrzę na swoje trofea sportowe. A patrzę raczej rzadko.

Czuje smutek tęsknotę i gniew na siebie, bo przypominają mi kim byłem i kim jestem teraz, gdzieś się pogubiłem. Odrzuciłem to wszystko, co składało się na moją osobę. Wyparłem tylko w sferę wspomnień. Czy tak bardzo się zmieniłem? Zostaje mi teraz tylko patrzenie na pokrywające się kurzem puchary i medale po to by pokazywać je moim chłopakom, mówiąc jaki to wasz ojciec kiedyś był? Ale to tylko rupiecie. Niby trochę kamienia, metalu i plastiku, tylko „rzecz” dla każdego, ale nie dla mnie. Dla mnie to zaklęte emocje i wspomnienia tego kim byłem, ale też tego kim nadal jestem. Nie oszukuje się, mój pociąg już odjechał. Kariery sławy i pieniędzy dzięki mojemu powrotowi i zrywowi nie osiągnę, ale czy wtedy, gdy ćwiczyłem właśnie o to mi chodziło? Uczciwa odpowiedź brzmi nie i tu jest właśnie prawdziwe sedno. Sztuki walki stanowiły moją pasję, moją treść życia, kształtowały mnie i to co we mnie wykuły nie umarło, tylko pokryło się trochę kurzem, jak moje trofea sportowe. Muszę odkurzyć trofea, jak i moje zakurzone wnętrze, by znów zalśniło nie starym a nowym blaskiem. Czasu nie mam zamiaru cofać, nawet jeśli by się dało. Nie chcę brzmieć jakbym był niezadowolony ze swojego życia. Ancia i chłopaki są bezkonkurencyjni, ale moja droga jako ojciec i mąż wcale nie biegnie w przeciwnym kierunku, wręcz się z nią zazębia. Czas śmiało wejść w kolejny okres w moim życiu, taki w którym nie będę z nostalgią i gniewem patrzał na relikty mojej przeszłości. Tylko taki, w którym dzięki tym symbolom znajdę w sobie siłę i motywację, by stawać się lepszym człowiekiem, czerpiąc ze swych doświadczeń, które pozytywnie wpływały na mnie w przeszłości. Nie starajmy się zamiatać przeszłości pod dywan, gdyż nasze przeżycia są składową naszej obecnej osoby. Warto je odkurzyć. Zwłaszcza, gdy wiążą się z wyższą wartością. Jednocześnie nie dać się nimi zdominować, bo istnieje tylko chwila obecna, a tą należy dobrze wykorzystać.

 

Print Friendly, PDF & Email
(Visited 132 times, 1 visits today)